19.10.2012
Cały czas
słychać strzały i krzyki. Na śniadanie dostaliśmy suchy chleb, wodę i po jednej
cząstce mandarynki. Zresztą i tak nie byłem głodny. Razem z moim kolegą poszliśmy do pani dyrektor zapytać się, co
się stało tam, na górze. Odpowiedziano nam, że dowiemy się w swoim czasie.
Nauczyciele jednak postanowili nam wytłumaczyć sytuację na powierzchni, więc
zwołali nas na apel. Powiedziano nam, że w Łodzi wybuchła elektrownia, przez co
całe miasto musiało się ewakuować do schronów, a wrzaski z góry to wycie ludzi
przywalonych gruzem. Natomiast strzały to tak naprawdę młoty pneumatyczne, służące
do rozwalania gruzu. To było tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne, po prostu
było słychać, że wymyślili to na poczekaniu. Jestem pewien, że słyszę karabiny
maszynowe, a przerażające krzyki raczej by ucichły, gdyby były ludzkie. Ten
wybuch elektrowni też wydaje mi się mało prawdopodobny. Czy mogła eksplodować, skoro
była węglowa? Na kolację było to samo co na obiad. Tej nocy wolałem się jednak
przespać, żeby sobie wszystko uporządkować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz