13.01.2013
Chciałem się dzisiaj umówić z przyjaciółmi. Jednak gdy szykowałem się do wyjścia, do mojego domku wparowało paru uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy wsadzili mnie do worka, a następnie do bagażnika. Przez pół godziny drogi zastanawiałem się ,co ja takiego zrobiłem. Gdy dojechaliśmy na miejsce, mundurowi nie raczyli mnie wyjąć z worka, tylko popychali przed siebie, dopóki nie dotarliśmy do jakiejś sali operacyjnej. Jakiś lekarz zdjął ze mnie worek, a następnie posadził na łóżku i bez pytania pobrał krew. Zabolało. Doktor spytał się, czy mam jakieś bóle głowy, i czy nie widzę czarnych odbarwień w miejscach żył. Odpowiedziałem ,że nie, ale doktor uparcie dalej się pytał czy na pewno i czy nie oszukuję. Nie było mi do śmiechu, a on najwyraźniej ze mnie żartował. W końcu po długim pytaniu, czy naprawdę nie skłamałem postanowił mi coś powiedzieć- powiedzieć o wirusie Wybrańców, zwanym Solanum Vanderhaveni. Wirus ten, zwany jest też potocznie wirusem zombie. Tak ,wybrańcy najpierw stworzyli regle, a teraz zombie. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Doktor powiedział, że wirus wcale nie został spuszczony na Amerykę. Przybył do niej w ciałach , ocalałych z Europy ,Azji i Afryki. Wybrańcy zaszczepili u najbardziej podatnych na wirusa Solanum prototyp owego organizmu, a wraz z przybyciem ludzi rozniósł się po całej Ameryce. Niestety, początkowo prawie niegroźny wirus zdążył ewoluować, aż w końcu po całej Ameryce zaczęły się szwendać żywe trupy rodem z the walking dead. Na szczęście wirus, który początkowo roznosił się drogą wodną, teraz zagraża tylko, jeśli zarażony ugryzie zdrową osobę. Doktor chciał chyba powiedzieć mi więcej, ale nagle do pomieszczenia wpadł żołnierz i wygonił nas na zewnątrz. W obozie panował totalny chaos ,wszyscy biegali bez opamiętania we wszystkie strony. Jakiś mężczyzna wszedł na kaem jakiegoś Humvee i zaczął strzelać w cywilów i żołnierzy, dopóki nie uciszył go snajper. Wyrwałem się żołnierzowi i pobiegłem w stronę mieszkań moim kolegów i koleżanek. Na szczęście po drodze znalazłem motor i mimo ,że chwiejnie to w końcu dotarłem na miejsce. Jak można się było spodziewać, nie było tam nikogo. Prawie nikogo. Na początku usłyszałem szuranie. Następnie jęki, a po chwili zza rogu wyłoniło się stadko zombie! Najprawdziwszych w świecie zombie. Jeden nie miał ręki, inny był cały poszatkowany kulami, jeszcze inny czołgał się po ziemi bez nóg. Dobrze, że nie byli zgnili. Czym prędzej wszedłem na motor i odjechałem, po drodze wpadając na inny motor. Niestety, z obozu zabrano wszystkie potrzebne rzeczy. Nie było żadnej broni palnej, więc wziąłem tylko Twixa, który leżał na wierzchu i wyjechałem na autostradę. Tak, wyglebałem się po paru kilometrach, a motor spadł ze zbocza, tak, że nie opłacało się go szukać. Zjadłem Twixa i ruszyłem przed siebie. Po godzinie marszu znalazłem 2 zderzone ze sobą auta. Przeszukałem pierwsze i z łupem w postaci wody i scyzoryka ruszyłem do drugiego auta. W owym aucie siedział przypięty pasami ,nieświeży zombiaczek. Smród był okropny. Bez zastanowienia otworzyłem scyzoryk i próbowałem wbić mu w głowę. Pierwszy cios ześlizgnął się po czaszce, pozostawiając jedynie paskudną ranę. Podobnie drugi i trzeci, więc po prostu wbiłem scyzoryk przez oczodół. Zabiłem zombiego i straciłem scyzoryk, ale jak na złość w drugim aucie niczego nie było, więc włączyłem silnik ,który jakimś cudem jeszcze działał i zasnąłem.
Ale gówno
OdpowiedzUsuńSzczerze to nawet niezłe. plz o więcej
OdpowiedzUsuń