No cóż... Seria ta ma opowiadać o tym, jak mogłoby wyglądać przetrwanie grupki ludzi/dzieci w postapokaliptycznym świecie. Nie wiem, czy wychodzi mi to dobrze, ale się staram ;)
środa, 15 maja 2013
UWAGA!
Znowu zastój :P Sorry ludzie, ale totalnie nie mam weny. Jak pewnie widzieliście w poprzednich postach, coraz gorzej mi szło składanie wszystkiego do kupy. Obiecuję, że jak tylko moja wena wróci, to natychmiast coś napiszę, a póki co, będę ją regenerował nutellą i toffefe :)
wtorek, 7 maja 2013
Motel
15.01.2013
Kiedy się obudziłem, Fruzi już nie było w łóżku. Zdenerwowałem się, że coś mogło jej się stać, ale po chwili weszła do pokoju pytając się, czy jestem głodny. Odparłem, że tak, a ona dała mi batona Mars. Po zjedzeniu wyszedłem na dwór, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Zacząłem się zastanawiać, czy lepszym pomysłem byłoby zostanie na farmie, czy wyruszenie w dalszą drogę. Franka powiedziała, że chce jak najszybciej uciec z tego miejsca, więc spakowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy do auta, a następnie wyruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy około 2 godzin, po drodze mijając parę farm, jednak na żadnej się nie zatrzymywaliśmy, z powodu wielkiej ilości zombie. W końcu pod wieczór dojechaliśmy do małego motelu. Na parkingu stało parę aut, więc powiedziałem Fruzi, żeby została w samochodzie, a sam poszedłem przeszukać owe auta. Niestety, nic nie znalazłem, więc zawołałem Frankę i razem weszliśmy do motelu. Mimo ,że nie było prądu, to wnętrze było mocno oświetlone. Poprosiłem dziewczynę, żeby poszukała czegokolwiek na parterze, a sam poszedłem zwiedzić piętro z pokojami gościnnymi. Ku mojej wielkiej uldze, nie było tam żadnych zainfekowanych. Znaleźliśmy stosunkowo dużo jedzenia, więc postanowiliśmy zostać tu na noc lub dwie. Zaoferowałem się do stania na warcie i tak spędziłem noc.
Kiedy się obudziłem, Fruzi już nie było w łóżku. Zdenerwowałem się, że coś mogło jej się stać, ale po chwili weszła do pokoju pytając się, czy jestem głodny. Odparłem, że tak, a ona dała mi batona Mars. Po zjedzeniu wyszedłem na dwór, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Zacząłem się zastanawiać, czy lepszym pomysłem byłoby zostanie na farmie, czy wyruszenie w dalszą drogę. Franka powiedziała, że chce jak najszybciej uciec z tego miejsca, więc spakowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy do auta, a następnie wyruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy około 2 godzin, po drodze mijając parę farm, jednak na żadnej się nie zatrzymywaliśmy, z powodu wielkiej ilości zombie. W końcu pod wieczór dojechaliśmy do małego motelu. Na parkingu stało parę aut, więc powiedziałem Fruzi, żeby została w samochodzie, a sam poszedłem przeszukać owe auta. Niestety, nic nie znalazłem, więc zawołałem Frankę i razem weszliśmy do motelu. Mimo ,że nie było prądu, to wnętrze było mocno oświetlone. Poprosiłem dziewczynę, żeby poszukała czegokolwiek na parterze, a sam poszedłem zwiedzić piętro z pokojami gościnnymi. Ku mojej wielkiej uldze, nie było tam żadnych zainfekowanych. Znaleźliśmy stosunkowo dużo jedzenia, więc postanowiliśmy zostać tu na noc lub dwie. Zaoferowałem się do stania na warcie i tak spędziłem noc.
środa, 1 maja 2013
Farma
14.01.2013
Obudziły mnie jęki zombie. Byłem sam w aucie, a dookoła auta zebrało się całkiem spore stadko. Przeraziłem się, nie wiedząc co robić. Zacząłem szarpać za scyzoryk, cały czas wbity w głowę zombiego, ale wyrwałem go bez ostrza. Otworzyłem więc śrubokręt mówiąc sobie w duchu, że lepsze to niż nic, ale jednocześnie wiedząc, że wiele mi on nie da. Nagle dostałem olśnienia. Skoro silnik działał, to czemu miałbym nie pojechać gdzieś tym samochodem? Ruszyłem ostro, przejeżdżając przy okazji zombiego i roztrącając inne, a następnie pojechałem przed siebie. Stanąłem przy pierwszym lepszym gospodarstwie rolnym. Na podwórku szwędało się parę zombie. Już miałem odpuścić, kiedy usłyszałem wołanie o pomoc. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie to, że głos ten należał do dziewczyny najwyraźniej z Polski. Przeklinając w duchu swoją rządzę bycia ,,bohaterem" zakradłem się do domu z którego dobiegało wołanie. Niestety jedyne okna i drzwi były od strony podwórka, gdzie również stało 6 zombie.Nie wiedziałem co robić. Nagle wpadłem na głupi pomysł. Wszedłem do samochodu i wjechałem na podwórko rozjeżdżając przy tym zombie. Następnie zacząłem się dobijać do domu, krzycząc przy okazji ,że już po wszystkim i, że zabiłem zombie. Otworzyła mi ładna dziewczyna, trochę niższa niż ja. Zaczęła mierzyć we mnie z dubeltówki, ale po chwili rozpłakała się i wyrzuciła ją do domu. Spytałem się głupio czy mogę wejść, a ona odpowiedziała, że tak. Tak więc wszedłem do środka i obejrzałem wyposażenie domku. Mieliśmy dubeltówkę z 10 nabojami + noże i wszelkie narzędzia farmerskie. Pod koniec dnia umościłem sobie legowisko koło łóżka dziewczyny ,a potem zacząłem ją wypytywać o wszystko co się działo. Mówiła mi, jak jechała z rodzicami autostradą, kiedy pod koło wpadł pierwszy zombie. jej tata wyszedł zobaczyć co to i wtedy umarły rzucił się na niego. Jej mama, siostra i ona sama zaczęły biec przed siebie, aż dotarły do tej farmy. Tutaj spotkali rodzinkę farmerów, którzy pozwolili im zostać tu na noc. Niestety, w nocy na farmę dotarł jakiś samotny zombie. Farmerzy przypięli go skórzanymi paskami w stodole i trzymali przez kolejny dzień. Jednak, gdy siostra dziewczyny podeszła bardzo blisko, zombiakowi urwały się ręce i rozszarpał małą. Zombie pogryzł też resztę rodziny i tak dziewczyna została sama, uwięziona w tym domu. Wtedy znowu się rozpłakała. Chwilę przed zaśnięciem spytałem się jej, jak się nazywa. Odpowiedziała mi, że Franka, oraz żebym mówił do niej Fruzia. Ja też się przedstawiłem i chciałem opowiedzieć moją historię, ale Fruzia już zasnęła, więc sam podążyłem w jej ślady.
Obudziły mnie jęki zombie. Byłem sam w aucie, a dookoła auta zebrało się całkiem spore stadko. Przeraziłem się, nie wiedząc co robić. Zacząłem szarpać za scyzoryk, cały czas wbity w głowę zombiego, ale wyrwałem go bez ostrza. Otworzyłem więc śrubokręt mówiąc sobie w duchu, że lepsze to niż nic, ale jednocześnie wiedząc, że wiele mi on nie da. Nagle dostałem olśnienia. Skoro silnik działał, to czemu miałbym nie pojechać gdzieś tym samochodem? Ruszyłem ostro, przejeżdżając przy okazji zombiego i roztrącając inne, a następnie pojechałem przed siebie. Stanąłem przy pierwszym lepszym gospodarstwie rolnym. Na podwórku szwędało się parę zombie. Już miałem odpuścić, kiedy usłyszałem wołanie o pomoc. Pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie to, że głos ten należał do dziewczyny najwyraźniej z Polski. Przeklinając w duchu swoją rządzę bycia ,,bohaterem" zakradłem się do domu z którego dobiegało wołanie. Niestety jedyne okna i drzwi były od strony podwórka, gdzie również stało 6 zombie.Nie wiedziałem co robić. Nagle wpadłem na głupi pomysł. Wszedłem do samochodu i wjechałem na podwórko rozjeżdżając przy tym zombie. Następnie zacząłem się dobijać do domu, krzycząc przy okazji ,że już po wszystkim i, że zabiłem zombie. Otworzyła mi ładna dziewczyna, trochę niższa niż ja. Zaczęła mierzyć we mnie z dubeltówki, ale po chwili rozpłakała się i wyrzuciła ją do domu. Spytałem się głupio czy mogę wejść, a ona odpowiedziała, że tak. Tak więc wszedłem do środka i obejrzałem wyposażenie domku. Mieliśmy dubeltówkę z 10 nabojami + noże i wszelkie narzędzia farmerskie. Pod koniec dnia umościłem sobie legowisko koło łóżka dziewczyny ,a potem zacząłem ją wypytywać o wszystko co się działo. Mówiła mi, jak jechała z rodzicami autostradą, kiedy pod koło wpadł pierwszy zombie. jej tata wyszedł zobaczyć co to i wtedy umarły rzucił się na niego. Jej mama, siostra i ona sama zaczęły biec przed siebie, aż dotarły do tej farmy. Tutaj spotkali rodzinkę farmerów, którzy pozwolili im zostać tu na noc. Niestety, w nocy na farmę dotarł jakiś samotny zombie. Farmerzy przypięli go skórzanymi paskami w stodole i trzymali przez kolejny dzień. Jednak, gdy siostra dziewczyny podeszła bardzo blisko, zombiakowi urwały się ręce i rozszarpał małą. Zombie pogryzł też resztę rodziny i tak dziewczyna została sama, uwięziona w tym domu. Wtedy znowu się rozpłakała. Chwilę przed zaśnięciem spytałem się jej, jak się nazywa. Odpowiedziała mi, że Franka, oraz żebym mówił do niej Fruzia. Ja też się przedstawiłem i chciałem opowiedzieć moją historię, ale Fruzia już zasnęła, więc sam podążyłem w jej ślady.
Solanum V
13.01.2013
Chciałem się dzisiaj umówić z przyjaciółmi. Jednak gdy szykowałem się do wyjścia, do mojego domku wparowało paru uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy wsadzili mnie do worka, a następnie do bagażnika. Przez pół godziny drogi zastanawiałem się ,co ja takiego zrobiłem. Gdy dojechaliśmy na miejsce, mundurowi nie raczyli mnie wyjąć z worka, tylko popychali przed siebie, dopóki nie dotarliśmy do jakiejś sali operacyjnej. Jakiś lekarz zdjął ze mnie worek, a następnie posadził na łóżku i bez pytania pobrał krew. Zabolało. Doktor spytał się, czy mam jakieś bóle głowy, i czy nie widzę czarnych odbarwień w miejscach żył. Odpowiedziałem ,że nie, ale doktor uparcie dalej się pytał czy na pewno i czy nie oszukuję. Nie było mi do śmiechu, a on najwyraźniej ze mnie żartował. W końcu po długim pytaniu, czy naprawdę nie skłamałem postanowił mi coś powiedzieć- powiedzieć o wirusie Wybrańców, zwanym Solanum Vanderhaveni. Wirus ten, zwany jest też potocznie wirusem zombie. Tak ,wybrańcy najpierw stworzyli regle, a teraz zombie. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Doktor powiedział, że wirus wcale nie został spuszczony na Amerykę. Przybył do niej w ciałach , ocalałych z Europy ,Azji i Afryki. Wybrańcy zaszczepili u najbardziej podatnych na wirusa Solanum prototyp owego organizmu, a wraz z przybyciem ludzi rozniósł się po całej Ameryce. Niestety, początkowo prawie niegroźny wirus zdążył ewoluować, aż w końcu po całej Ameryce zaczęły się szwendać żywe trupy rodem z the walking dead. Na szczęście wirus, który początkowo roznosił się drogą wodną, teraz zagraża tylko, jeśli zarażony ugryzie zdrową osobę. Doktor chciał chyba powiedzieć mi więcej, ale nagle do pomieszczenia wpadł żołnierz i wygonił nas na zewnątrz. W obozie panował totalny chaos ,wszyscy biegali bez opamiętania we wszystkie strony. Jakiś mężczyzna wszedł na kaem jakiegoś Humvee i zaczął strzelać w cywilów i żołnierzy, dopóki nie uciszył go snajper. Wyrwałem się żołnierzowi i pobiegłem w stronę mieszkań moim kolegów i koleżanek. Na szczęście po drodze znalazłem motor i mimo ,że chwiejnie to w końcu dotarłem na miejsce. Jak można się było spodziewać, nie było tam nikogo. Prawie nikogo. Na początku usłyszałem szuranie. Następnie jęki, a po chwili zza rogu wyłoniło się stadko zombie! Najprawdziwszych w świecie zombie. Jeden nie miał ręki, inny był cały poszatkowany kulami, jeszcze inny czołgał się po ziemi bez nóg. Dobrze, że nie byli zgnili. Czym prędzej wszedłem na motor i odjechałem, po drodze wpadając na inny motor. Niestety, z obozu zabrano wszystkie potrzebne rzeczy. Nie było żadnej broni palnej, więc wziąłem tylko Twixa, który leżał na wierzchu i wyjechałem na autostradę. Tak, wyglebałem się po paru kilometrach, a motor spadł ze zbocza, tak, że nie opłacało się go szukać. Zjadłem Twixa i ruszyłem przed siebie. Po godzinie marszu znalazłem 2 zderzone ze sobą auta. Przeszukałem pierwsze i z łupem w postaci wody i scyzoryka ruszyłem do drugiego auta. W owym aucie siedział przypięty pasami ,nieświeży zombiaczek. Smród był okropny. Bez zastanowienia otworzyłem scyzoryk i próbowałem wbić mu w głowę. Pierwszy cios ześlizgnął się po czaszce, pozostawiając jedynie paskudną ranę. Podobnie drugi i trzeci, więc po prostu wbiłem scyzoryk przez oczodół. Zabiłem zombiego i straciłem scyzoryk, ale jak na złość w drugim aucie niczego nie było, więc włączyłem silnik ,który jakimś cudem jeszcze działał i zasnąłem.
Chciałem się dzisiaj umówić z przyjaciółmi. Jednak gdy szykowałem się do wyjścia, do mojego domku wparowało paru uzbrojonych po zęby żołnierzy, którzy wsadzili mnie do worka, a następnie do bagażnika. Przez pół godziny drogi zastanawiałem się ,co ja takiego zrobiłem. Gdy dojechaliśmy na miejsce, mundurowi nie raczyli mnie wyjąć z worka, tylko popychali przed siebie, dopóki nie dotarliśmy do jakiejś sali operacyjnej. Jakiś lekarz zdjął ze mnie worek, a następnie posadził na łóżku i bez pytania pobrał krew. Zabolało. Doktor spytał się, czy mam jakieś bóle głowy, i czy nie widzę czarnych odbarwień w miejscach żył. Odpowiedziałem ,że nie, ale doktor uparcie dalej się pytał czy na pewno i czy nie oszukuję. Nie było mi do śmiechu, a on najwyraźniej ze mnie żartował. W końcu po długim pytaniu, czy naprawdę nie skłamałem postanowił mi coś powiedzieć- powiedzieć o wirusie Wybrańców, zwanym Solanum Vanderhaveni. Wirus ten, zwany jest też potocznie wirusem zombie. Tak ,wybrańcy najpierw stworzyli regle, a teraz zombie. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Doktor powiedział, że wirus wcale nie został spuszczony na Amerykę. Przybył do niej w ciałach , ocalałych z Europy ,Azji i Afryki. Wybrańcy zaszczepili u najbardziej podatnych na wirusa Solanum prototyp owego organizmu, a wraz z przybyciem ludzi rozniósł się po całej Ameryce. Niestety, początkowo prawie niegroźny wirus zdążył ewoluować, aż w końcu po całej Ameryce zaczęły się szwendać żywe trupy rodem z the walking dead. Na szczęście wirus, który początkowo roznosił się drogą wodną, teraz zagraża tylko, jeśli zarażony ugryzie zdrową osobę. Doktor chciał chyba powiedzieć mi więcej, ale nagle do pomieszczenia wpadł żołnierz i wygonił nas na zewnątrz. W obozie panował totalny chaos ,wszyscy biegali bez opamiętania we wszystkie strony. Jakiś mężczyzna wszedł na kaem jakiegoś Humvee i zaczął strzelać w cywilów i żołnierzy, dopóki nie uciszył go snajper. Wyrwałem się żołnierzowi i pobiegłem w stronę mieszkań moim kolegów i koleżanek. Na szczęście po drodze znalazłem motor i mimo ,że chwiejnie to w końcu dotarłem na miejsce. Jak można się było spodziewać, nie było tam nikogo. Prawie nikogo. Na początku usłyszałem szuranie. Następnie jęki, a po chwili zza rogu wyłoniło się stadko zombie! Najprawdziwszych w świecie zombie. Jeden nie miał ręki, inny był cały poszatkowany kulami, jeszcze inny czołgał się po ziemi bez nóg. Dobrze, że nie byli zgnili. Czym prędzej wszedłem na motor i odjechałem, po drodze wpadając na inny motor. Niestety, z obozu zabrano wszystkie potrzebne rzeczy. Nie było żadnej broni palnej, więc wziąłem tylko Twixa, który leżał na wierzchu i wyjechałem na autostradę. Tak, wyglebałem się po paru kilometrach, a motor spadł ze zbocza, tak, że nie opłacało się go szukać. Zjadłem Twixa i ruszyłem przed siebie. Po godzinie marszu znalazłem 2 zderzone ze sobą auta. Przeszukałem pierwsze i z łupem w postaci wody i scyzoryka ruszyłem do drugiego auta. W owym aucie siedział przypięty pasami ,nieświeży zombiaczek. Smród był okropny. Bez zastanowienia otworzyłem scyzoryk i próbowałem wbić mu w głowę. Pierwszy cios ześlizgnął się po czaszce, pozostawiając jedynie paskudną ranę. Podobnie drugi i trzeci, więc po prostu wbiłem scyzoryk przez oczodół. Zabiłem zombiego i straciłem scyzoryk, ale jak na złość w drugim aucie niczego nie było, więc włączyłem silnik ,który jakimś cudem jeszcze działał i zasnąłem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)